
Dzisiaj nie miałem wyboru: musiałem podjąć decyzję o zamieszczeniu (bez skrótów) baaardzo obszernego tekstu, który po ponad dwutygodniowej przerwie, spowodowanej obowiązkami dyrektora szkoły, zamieścił wczoraj na swoim blogu „Wokół Szkoły” Jarosław Pytlak . Dlaczego musiałem? Przeczytajcie do końca, a zrozumiecie….
Myśli na nowy rok szkolny, dla znajomych i nieznajomych
Wciąż leżą w szkicach zapowiadane przeze mnie krótkie artykuły na bieżące oświatowe tematy, ale podczas dopinania w szkole planu zajęć brakuje mi głowy, by rozwinąć je do sensownej postaci. Chwilowego energetycznego kopa dały mi natomiast bieżące wypowiedzi czołowych reformatorek i reformatorów oraz niewielkiego grona znajomych z internetowej bańki. Pod ich wpływem postanowiłem raz jeszcze określić stanowisko, jakie zajmuję w bardzo żywej obecnie debacie na temat edukacji. Za kanwę posłuży mi fejsbukowy post Dariusza Martynowicza, popularnego i cenionego w środowisku oświatowym nauczyciela języka polskiego, którego głos zawsze warto wziąć pod rozwagę, oraz list otwarty do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, Ministerstwa Edukacji Narodowej i Rzecznika Praw Obywatelskich, sygnowany przez niego wraz z dziesięcioma innymi, również znanymi polonistami.
W przeszłości zdarzyło nam się z Dariuszem współpracować, szykując jeszcze za rządów PiS petycję do ówczesnej opozycji, w której apelowaliśmy o stworzenie ponadpartyjnego programu dla edukacji na ewentualność przyszłego zwycięstwa w wyborach. Najwyraźniej przeceniliśmy nasze wpływy, bo inicjatywa poniosła fiasko, ale można powiedzieć, że łączy nas jakaś kombatancka nić i – z całą pewnością – trwająca nadal potrzeba zabierania głosu w debacie publicznej.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego Dariusz Martynowicz opublikował na fejsbuku bardzo osobisty w tonie post o tym, co w rzeczywistości polskiej szkoły jest dla niego pozytywne. Dzień później ukazał się z kolei, niejako w kontrze, wspomniany list otwarty. Jedno i drugie przeczytałem z uwagą i pomyślałem, że zamiast pisać własne manifesty, odniosę się do tych wypowiedzi, prezentując swój punkt widzenia, z pełnym szacunkiem dla poglądów w nich zawartych, choć niekoniecznie z aprobatą dla nich.
W ostatnim dniu wakacji mój Szanowny Kolega napisał:
Mam ostatnio wrażenie, że w polskiej edukacji powstała nowa, bardzo skuteczna metoda dydaktyczna. Nazywa się „To się nie uda”. Jeszcze niczego nie wdrożyliśmy – nie uda się. Pojawia się nowy pomysł – zły. Stary pomysł – też zły. Podstawa jest przeładowana – źle. Odchudzamy – jeszcze gorzej. Nowe podstawy – też złe. Uczeń siedzi i słucha – szkoła XIX wieku. Dajemy mu więcej sprawczości – „nic już nie będziemy wymagać”. Czasami mam wrażenie, że gdyby ministerstwo ogłosiło jutro dostawę świeżych pączków do pokoju nauczycielskiego, do godziny 9.15 przeczytalibyśmy trzy eseje o tym, że lukier jest symbolem systemowego upadku polskiej edukacji. Szybko zapominamy także o przeszłości. O tym, z czym mierzyliśmy się jeszcze niedawno… I żeby było jasne: krytyka jest potrzebna. Sam wielokrotnie krytykowałem różne decyzje kolejnych ministrów edukacji (w tym obecnej). Na początku roku szkolnego postanowiłem jednak popatrzeć na rzeczywistość szkoły w dwóch aktach. Dzisiaj akt pierwszy – post o tym, co dla mnie pozytywne, jutro o tym, na co nie ma we mnie zgody i co budzi mój niesmak.
Drogi Darku!
Pozwól, że zwrócę się do Ciebie bezpośrednio, odzywając się w tym miejscu niczym nożyce po uderzeniu w stół, bowiem konsekwentnie twierdzę publicznie, w kontekście „Kompasu Jutra”, że „to się nie uda”. Nie uważam swoich wypowiedzi za wyraz metody dydaktycznej, bo nie mam nadziei, że kogokolwiek w ten sposób czegoś nauczę. Po prostu w poczuciu obywatelskiego obowiązku wyrażam swoją opinię, którą podpowiada mi szkiełko i oko doświadczonego pedagoga i działacza oświatowego, silniej mówiące do mnie niż czucie i wiara nielicznych znanych mi entuzjastów wprowadzanej zmiany.
Nie wierzę w „Kompas”, ponieważ został przygotowany w obłędnym pośpiechu, bez niezbędnych prac studyjnych i rzetelnego pilotażu, do wdrożenia „po taniości” i z założeniem, że nauczyciele wszystko udźwigną. Już tylko to uważam za wystarczające dla uzasadnienia mojej niewiary.
Co do Twojego efektownego przykładu z pączkami: trudno sprawdzić, czy masz rację, bo ministerstwo pączków nauczycielom nie oferuje. Zważ jednak, że gdy zaoferowało 30% podwyżki, głosów krytycznych nie było! Może po prostu MEN nie ma do zaoferowania więcej pączków?! Bo nie jest pączkiem dla mnie, nauczyciela i dyrektora szkoły, reforma wprowadzana bezkosztowo i na łapu-capu. A wiesz, dlaczego?! Bo to ja osobiście, jak większość koleżanek i kolegów pracujących na pierwszej linii w szkołach, poniosę realne koszty: czasowe, energetyczne, emocjonalne i społeczne, jej wdrażania w kompletnie niezmienionych, urągających godności warunkach ekonomicznych. Koszty, nie zliczę już po raz który, uroczyście zignorowane przez kolejne rozdanie polityków.
Wiesz, dlaczego jeszcze z taką pewnością piszę, że to się nie uda?! Bo mnie się udaje! Bo od lat z powodzeniem wprowadzam w życie na skalę jednej, średniej wielkości szkoły, lwią część tego, co teraz ma być wielką zmianą. Nikomu nie odmawiam prawa do tak pięknego doświadczenia zawodowego, ale wiem najlepiej, ile to kosztuje pracy, czasu i pieniędzy, i wiem, że absolutnie niezbędne jest do tego zaangażowanie nauczycieli. W szkole niepublicznej mogę za ich wysiłek godnie zapłacić, jak również zapewnić im lepsze warunki pracy, choćby mniejszą liczebność klas, podział na grupy, drugiego nauczyciela do każdego wyjścia w teren itp. Miałem też czas – wiele lat, by przetestować różne rozwiązania i wybrać te, które najlepiej działają. A przede wszystkim ufam nauczycielom i chronię ich przed nadmiarem mądrości spływających z wysoko położonych gabinetów, w których uczoność terminologii słabo koresponduje z jej użytecznością. Tymczasem ministerstwo, wprowadzając „Kompas Jutra”, nie oferuje niczego, co jest naprawdę potrzebne nauczycielom, by ich praca w szkole była efektywna. Dlaczego miałbym zatem wierzyć, że w ten sposób uda się dokonać jakościowej zmiany w polskiej edukacji?!
Piszesz dalej, Darku:
Wokół Kompasu Jutra są pytania, których nie wolno zamiatać pod dywan: o przygotowanie nauczycieli, warunki pracy, finansowanie, czy planowanie wsparcie dla nauczycieli. Ale dzisiaj nie jest to post o patologiach w CKE, pensjach, które pozostawiają wiele do życzenia czy braku systemowych rozwiązań wsparcia nauczycieli – chociażby superwizji. Czym innym jest krytyczne myślenie, a czym innym krytykowanie wszystkiego jako stan skupienia. Pewnie w naszej edukacyjnej bańce zabrzmi to obrazoburczo, ale jestem fanem Kompasu Jutra.
Nie dlatego, że wierzę, że dokument magicznie naprawi polską szkołę. Nie naprawi. Nie dlatego, że każde rozwiązanie zapisane w reformie uważam za genialne. Nie uważam. I nie dlatego, że od 1 września nagle wszyscy uczniowie staną się zmotywowani, nauczyciele wypoczęci, rodzice wyrozumiali, a drukarka w pokoju nauczycielskim zacznie działać wtedy, kiedy jest potrzebna. Tak nie będzie. Ale przed tym, zanim zgodziłem się współtworzyć zmiany w podstawie programowej z języka polskiego w szkołach ponadpodstawowych, przeczytałem wszystkie! (naprawdę – nawet z fizyki i przyrody) podstawy programowe stworzone już do szkoły podstawowej. I zmiany, które zostały zaprojektowane, są w większości naprawdę dobre. Dają nam, nauczycielom, więcej możliwości. Dają szansę zwłaszcza tym, którzy do tej pory się “dusili”. Łączą wiedzę, kompetencje i sprawczość uczniów.
Ale reforma ma w założeniach zmieniać nie tylko podstawę programową i programy nauczania, ale również dydaktykę i ocenianie.
Przyjmuję do wiadomości Twoją deklarację fana „Kompasu Jutra”, ale przyznaję, że jej nie rozumiem. Nie rozumiem, bo właśnie, zgodnie z Twoją sugestią, nie zamiatam pod dywan pytań, które wymieniłeś, o przygotowanie nauczycieli, warunki pracy itd. Wszystkie te pytania leżą na tapecie i wołają o odpowiedzi, których nie ma. Ignorować je, to tak, jakby proponować dalekomorską wyprawę przeciekającym statkiem, do którego na dodatek nie dowieziono paliwa.
Jeśli sprowadzasz wartość „Kompasu” do zmian w podstawach programowych, czyli do zapisów w dokumentach, choćby najmądrzejszych, to musisz odpowiedzieć na pytanie, czy można nimi zaprogramować do działania nauczycieli, bez szkody dla ich poczucia autonomii. Ja uważam, że nie. Pomimo propagandowych zaklęć o uwolnieniu nauczycielskiej inicjatywy, w istocie jest to kolejne już wydanie instrukcji obsługi ucznia, przekazane do wdrożenia zmęczonym i pozbawionym ognia pedagogicznym szeregom. No i zdecydowanie wolałbym, żeby dydaktyki nie zmieniali urzędnicy rozporządzeniami, tylko uczeni i praktycy swoim własnym przykładem, weryfikowanym w warunkach pracy przeciętnej szkoły.
Czytam dalej w Twoim poście:
I dla mnie właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza rozmowa. Co my z tym zrobimy jako nauczyciele. Bo chciałbym szkoły, w której wiedza nadal jest ważna, ale nie jest punktem końcowym edukacji. Chciałbym, żeby uczeń nie tylko wiedział. Żeby pytał. Podważał. Projektował. Eksperymentował. Popełniał błędy. Wyciągał z nich wnioski. I próbował jeszcze raz. Czy można to robić z 20 ocenami w ciągu kilku miesięcy bez żadnej informacji zwrotnej, ciągłymi niezapowiedzianymi kartkówkami? Sprawdzianami przed omówieniem książki z pytaniami: “W jakim kolorze były zasłony Ignacego Rzeckiego?” czy “Ile wulkanów znajdowało się na asteroidzie B-612?”? Niekończącymi się kartami pracy na każdej lekcji, gdzie uczeń ma głównie wypełniać, wpisywać “odpowiednie” słowa, zaznaczyć odpowiedź i dokańczać zdania? Takie sytuacje zdarzają się, niestety, w polskiej szkole wciąż za często.
Piękne! Ale jeśli pytasz, co my z tym zrobimy, jako nauczyciele, moja odpowiedź brzmi: zrobimy tyle, na ile pozwolą nam warunki, które stworzono nam do pracy. Czyli bardzo mało. Ile jest w szkole czasu na projektowanie, eksperymentowanie, pytanie i podważanie?! Nie pytam, ile go przewidzieli autorzy podstaw programowych, tylko, ile go jest faktycznie? Ile czasu ma dla każdego swojego ucznia nauczyciel, by udzielić mu informacji zwrotnej?! Jeśli uważasz, że zapisy w podstawach programowych przełożą się na nowe realia w polskich szkołach, to z przykrością muszę Cię poinformować, że moim zdaniem jesteś w błędzie.
W modelu rozwijanym wokół reformy mówi się dużo o sprawczości ucznia – m.in. o poczuciu własnej skuteczności, nastawieniu na rozwój, samoregulacji i poczuciu przynależności. Powstało już mnóstwo poradników na ten temat – np. IBE pokazuje też konkretne sposoby rozwijania tych elementów na lekcji i poza nią. Ale są one tysiąckrotnie mniej klikalne niż kolejne “nie da się”.
Można zrobić 213 webinarów, 78 konferencji i PowerPointa z animowanym kompasem obracającym się na każdym slajdzie. Ale żadna reforma nie wydarzy się naprawdę, jeśli nie wydarzy się w naszych klasach. Podczas zwykłego polskiego o 8.00. Matematyki w piątek na siódmej godzinie. Biologii z klasą, która akurat tego dnia zdecydowała, że mitochondrium zdecydowanie nie jest centrum jej zainteresowań.
Darku, pracuję w szkole od 40 lat. A jednak, mimo boomerskiego wieku, mam chyba lepsze zdanie o nauczycielach niż młodsze pokolenie, działające dzisiaj w IBE. Przyznam, że jestem zażenowany, czytając większość wydanych tam ostatnio poradników, a już szczególnie opisów konkretnych sposobów rozwijania na lekcjach tych elementów, którym są poświęcone. A jeszcze bardziej, dobrych rad na temat tego, co można „poza lekcjami”, czyli – patrząc na realia pracy w przeciętnej szkole – kiedy?! Cały problem polega właśnie na tym, że za paliwo reformy przyjęto stosy nowych dokumentów i poradników, oraz potoki słów padających podczas „213 webinarów” i „78 konferencji”, nie licząc setki spotkań kompasowych, na których ministry opowiadały o czymś zupełnie im nieznanym. Takimi metodami nie uczy się dzisiaj ani uczniów, ani nauczycieli.
W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu. Piszesz, że żadna reforma nie wydarzy się naprawdę, jeśli nie wydarzy się w naszych klasach. Dokładnie tak! Ona się nie wydarzy, tak samo jak nie wydarza się fikcja literacka, choćby najbardziej atrakcyjna. Nie dlatego, że nauczyciele nie chcieliby, żeby było pięknie. Dlatego, że nauczyciele z bardzo wielu powodów nie udźwigną oczekiwań zaszytych w tych mądrych podstawach programowych i komentarzach metodycznych. Zresztą, sam doskonale zdajesz sobie sprawę z tych ograniczeń. Piszesz bowiem:
Nie musimy wyrzucać podręczników przez okno. Nie musimy palić kartkówek na szkolnym boisku. Nie musimy zamieniać każdej lekcji w projekt interdyscyplinarny zakończony podcastem, debatą oksfordzką i budową rakiety z rolek po papierze. Ale możemy zacząć trochę mądrzej. Może na jednej lekcji zamiast podać rozwiązanie – pozwólmy uczniom go poszukać. Może zamiast pięciu pytań sprawdzających pamięć – zadajmy jedno, nad którym naprawdę trzeba pomyśleć. Może raz pozwólmy uczniom zdecydować, jak nam pokażą, że się nauczyli. Może zamiast poprawiać każdy błąd czerwonym długopisem – dajmy informację, która pokaże, co zrobić dalej i sprawmy, by uczeń sam poprawił ten błąd. Może test wykorzystajmy nie jako sprawdzian z wiedzy na ocenę, ale jako element uczenia się uczniów i ich samokontroli. Może na kartkówce zamiast: Wymień trzy wydarzenia ważne w życiu Małego Księcia, zadajmy pytanie tak: Wyobraź sobie, że jesteś autorem Małego Ksęcia. Przekonaj współczesnego wydawcę, że warto wydać tę książkę, odwołując się do trzech wydarzeń z opowieści, które uważasz za interesujące. Jedni powiedzą: nic nowego, przecież od dawna jest to w polskiej szkole. Powiem z doświadczenia nauczyciela, szkoleniowca i rodzica: nie rozpędzałbym się…
Powyższy fragment doskonale odzwierciedla także mój pogląd. Problem w tym, że aby to wszystko zaistniało, nie potrzeba żadnej reformy! Potrzeba zmotywowanych nauczycieli, którzy uwierzą, że tak można, i że to ma sens. I kogoś wiarygodnego, kto zaświadczy, że ma. Bo wiesz, jest wcale niemała grupa ludzi, która uważa, że zaproponowane zmiany wylewają ucznia wraz z kąpielą…
I możemy oczywiście przez następnych kilka lat stać i dyskutować, czy igła jest wystarczająco naukowa, czy nazwa „Kompas” nie jest przypadkiem zbyt neoliberalna, czy kierunek północny został należycie skonsultowany ze związkami zawodowymi i czy przed wskazaniem południa przeprowadzono pilotaż w reprezentatywnej grupie szkół. Możemy też napisać kolejnych 147 postów zaczynających się od: „Reforma nie rozwiązuje najważniejszych problemów polskiej edukacji…” Oczywiście, że nie rozwiązuje wszystkich. To reforma podstaw programowych. Nie rozmnoży nauczycieli. Nie podniesie sama pensji. Nie sprawi, że rodzic przestanie pisać wiadomość o 23.48 z pytaniem, dlaczego jego syn dostał 4+, skoro „zawsze był bardzo zdolny”.
To od nas zależy, czy zmienimy choć trochę coś, na co jako nauczyciele naprawdę mamy wpływ, czyli to, co robimy przez 45 minut po zamknięciu drzwi do swojej klasy, czy obudzimy się dopiero z ręką w nocniku wtedy, jak CKE opublikuje nowe informatory, o czym… jutro w dość smutnej odsłonie egzaminacyjnych patologii…
Zważ, że jeśli powstaje 147 postów, zaczynających się od „reforma nie rozwiązuje”, to może coś w tym jest?! Jeśli dziesięciu ludzi mówi Ci, że jesteś pijany, nie siadaj za kierownicą, choćbyś czuł się nie wiem jak trzeźwy! Reforma podstaw programowych naprawdę nie rozwiązuje prawdziwych problemów (bo i ze starymi podstawami programowymi jakoś ulokowaliśmy się w górnych rejonach tabeli wyników PISA, nieprawdaż?!). A na to, co robimy przez 45 minut w klasie, wraz z uczniami, dużo większy wpływ mają warunki pracy i nasza kondycja psychiczna, niż miliony liter tkających podstawę programową…
W tym miejscu kończę zapis w formie listu, dziękując Ci, Darku, za inspirację do jego napisania, i przesyłając wyrazy szacunku, niezmiennego, nawet jeśli są między nami istotne rozbieżności w ocenie obecnej sytuacji.
x x x
Z ciekawością czekałem na zapowiedzianą w poście drugą część, w której Dariusz Martynowicz obiecał wyjawić, na co nie ma w nim zgody i co budzi jego niesmak. W dniu inauguracji roku szkolnego okazało się, że jest to wyłącznie kwestia egzaminów maturalnych z języka polskiego.
Sygnatariusze listu otwartego przedstawili z całą mocą pięć fundamentalnych zarzutów (ich rozwinięcie zainteresowany Czytelnik może znaleźć – TUTAJ
1.Zasady oceniania są nieprzewidywalne.
2Ta sama praca może być różnie oceniana.
3.Maturzysta nie zawsze wie, czego naprawdę się od niego wymaga.
4.Egzaminatorzy są zdezorientowani.
5.System odwoławczy nie działa.
W konkluzji zawarli swoje postulaty:
1.publikowania pełnych i jednoznacznych zasad oceniania przed egzaminem, a nie doprecyzowywania ich po jego przeprowadzeniu
2.jednolitych standardów oceniania obowiązujących wszystkich egzaminatorów i wszystkie OKE;
3.precyzyjnych kryteriów, które ograniczą możliwość skrajnie różnych interpretacji tej samej pracy;
4.profesjonalnych i ujednoliconych szkoleń egzaminatorów, szczególnie na poziomie rozszerzonym;
5.sprawnego i rzeczywistego systemu weryfikacji wyników, pozwalającego maturzystom uzyskać rozstrzygnięcie przed zakończeniem procesu rekrutacji na studia.
To są bardzo ważne kwestie, ale czy aby na pewno tylko do nich ogranicza się dzisiaj przestrzeń pedagogicznej niezgody na to, co dzieje się w polskiej edukacji?! Jeśli tak, to powiedzmy sobie szczerze, że z punktu widzenia rządzących w MEN i (z ich nadania) w CKE jest to błahostka. Wystarczy ogłosić, że „Kompas Jutra” rozwiąże wszystkie problemy i… zahibernować się do 2031 roku, kiedy nikt już nie będzie pamiętał, co zapowiadano w 2026.
Instrukcje dla egzaminatorów maturalnych są opasłe we wszystkich przedmiotach i nie jest to fanaberia kierownictwa CKE, tylko wyraz pragmatyzmu, bo dzisiaj wszystko musi być obiektywne, mierzalne, weryfikowalne i zaskarżalne. Przecież to znak czasów! Nawet zwykłą ocenę szkolną mamy obowiązek opierać na sążnistym wykazie wymagań. Specyfika problemu z językiem polskim polega na tym, że ocenianie jakości wypowiedzi pisemnych ucznia przypomina mierzenie miłości centymetrem. Jest tak, jak mówił mój ojciec, bezskutecznie próbując nauczyć mnie gry w golfa: „Pamiętaj, w ruchu golfisty przy uderzeniu nie ma niczego naturalnego!”. Dlatego pierwsze trzy postulaty autorów listu otwartego są w moim odczuciu przejawem idealizmu. Oczywiście można zapewne poprawić jakość zasad oceniania, ale każda poprawka niesie ryzyko kolejnych nieporozumień i rozbieżności ocen.
Kluczowy dla zrozumienia i ewentualnej poprawy sytuacji wydaje mi się postulat czwarty, szczególnie jeśli go rozszerzymy o kwestię (kłania się analogia z „Kompasem Jutra”!) warunków pracy egzaminatorów. Jak słychać, wielu z nich w sezonie pracuje w ruchu ciągłym – w tygodniu prowadząc lekcje, w weekendy sprawdzając prace. Słychać też, że egzaminatorów jest zbyt mało, na co wpływ mają niskie stawki wynagrodzeń i mozół samej pracy. Zamiast więc wprowadzać nowe podstawy programowe…, przepraszam, wróć (!), …nowe, precyzyjniejsze kryteria oceniania, może warto by zacząć od poprawy warunków pracy, dzięki czemu byłoby więcej egzaminatorów, mniej pomyłek wynikających ze zmęczenia, a może nawet – cóż szkodzi pomarzyć – każda praca sprawdzana byłaby niezależnie przez dwie osoby?!
Oczywiście takiej zmiany nie będzie, bo nie tylko reformowanie polskiej edukacji, ale także doskonalenie systemu egzaminów musi odbywać się bezkosztowo!
Jeszcze dwa zdania o postulacie piątym. System weryfikacji wyników faktycznie zatrąca o farsę. Jego zmiana wymagałaby jednak ogromnych nakładów na zatrudnienie ludzi do obsługi. Bezkosztowo poprawić tego się (excusez le mot!) nie uda. Poza tym, tylko instytucje, których byt uzależniony jest od zadowolenia klientów, są szczerze zainteresowane weryfikacją jakości swojej pracy. Klienci CKE są bez wyjątku przymusowi…
x x x
Przyznam, że nie potrafię w pełni cieszyć się swoją codzienną pracą w szkole mając świadomość, jak bardzo tracimy czas, potrzebny na przygotowanie rzetelnej przebudowy polskiej edukacji. Staram się zrozumieć Dariusza i innych zacnych znajomych, których ogromnie cenię, wspierających reformę „Kompas Jutra”. Niestety, wywołuje to u mnie potężny dysonans poznawczy. Pocieszam się tylko, że według badań naukowych taki dysonans może się utrzymywać do 45 dni. Byle zatem wytrwać do połowy października, a potem już sytuacja będzie oswojona.
Poza tym nigdy w polskiej oświacie nie było, żeby jakoś nie było, więc wszystkim Czytelnikom, którzy niosą przy szkolnych tablicach krużganki oświaty, życzę, by w nowym roku szkolnym to „jakoś” – jakoś dało się przeżyć!
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Zostaw odpowiedź

