
Komu zawdzięczam, uzyskaną w głębokim PRL-u, wiedzę o „Cudzie nad Wisłą”
Dzisiejszy esej postanowiłem zamieścić nie jek zwykle w niedzielę, lecz dzień wcześniej, z powodu daty jego publikacji – 15 sierpnia, która to data (przynajmniej dla mnie) jest dorocznym Świętem Wojska Polskiego, ustanowionym ustawą Sejmu z 30 lipca 1992 roku.
W poprzednich latach – w okresie PRL, od roku 1950 – obchodzono Dzień Ludowego Wojska Polskiego w dniu 12 października, także ustanowiona przez ówczesne władze nieprzypadkowo. Bo właśnie tego dnia w roku 1943, pod Lenino, I Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki została przez dowództwo Armii Czerwonej wprowadzona na front wojny z wojskami niemieckimi. Stało się to w pobliżu miejscowość Lenino nad rzeką Miereją na Białorusi. I choć bitwa ta zakończyła się taktyczną porażką, a w czasie dwudniowych walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), to w PRL stała się mitem założycielskim LWP – przedstawiano ją jako początek szlaku bojowego nowej armii formowanej w ZSRR.
Jako urodzony w 1944 roku, przez wszystkie lata w których występowałem w roli ucznia, uczestniczyłem w szkolnych akademiach dla uczczenia tej rocznicy i tego święta, który to Dzień LWP szczególnie obchodzono w Technikum Budowlanym nr 1, którego dyrektorem w tamtych latach był pan Mikołaj Hałamejko – major LWP w stanie spoczynku, który w szeregach II Dywizji LWP wyzwalał – wraz z Armią Czerwoną – Polskę, forsując rzekę Bug na drzwiach od stodoły. O tym fakcie sam nam opowiadał – był on także naszym nauczycielem matematyki…
Zacząłem ten esej od przypomnienia zmiennych losów święta polskiego wojska, z myślą o tych czytających ten tekst, którzy z racji swojego wieku nie mogą tych faktów znać „z autopsji”…
A aktualna data Święta Wojska Polskiego także nie jest przypadkowa. Po raz pierwszy została ona ogłoszona świętem w 1923 r. – dla uczczenia decydującego momentu w wojnie polsko-bolszewickiej z 2020 roku – zwycięskiej dla Polski t. zw.Bitwy Warszawskiej, zwanej przez wielu „Cudem nad Wisłą”, jako że odbyła się ona w dniu święta obchodzonego w Kościele Rzymskokatolickim jako Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. I był ten dzień świętem do roku 1947.
Ale ja, „urabiany” w peerelowskiej szkole, nie mogłem się o tym wszystkim wiedzieć. I tkwiłem w tej nieświadomości aż do 15 sierpnia 1962 roku.
Ten refleksyjny esej napisałem właśnie dla upamiętnienia tej ważnej dla mojej patriotycznej świadomości daty.
Wszystko wydarzyło się w czasie wakacji, kiedy byłem już uczniem XVIII Liceum Ogólnokształcącego im Jędrzeja Śniadeckiego. A zostałem nim w lutym tego roku, kiedy podjąłem odważną decyzję o porzuceni nauki w I klasie 3-letniego Technikum Budowlanego i przeniesieniu się do X klasy tego właśnie liceum.
Jednak aby to wspomnienie nie było wyrwanym z szerszego kontekstu wydarzeniem, muszę cofnąć się do pierwszego dnia i pierwszej godziny lekcyjnej w mojej nowej szkole. A była nią lekcja biologii. Nawiasem mówiąc biologii, której nie miałem w ogóle w „Budowlance”. A nauczycielem tego przedmiotu był tam pan Antoni Jotko – liczący już sporo ponad sześćdziesiątkę nauczyciel, absolwent Uniwersytetu im. S. Batorego w Wilnie, który do Łodzi przyjechał dopiero po 1945 roku. O tym gdzie spędził dzieciństwo i młodość świadczył sposób, w jakim – choć po polsku – mówił. Była to taka sama wymowa, jaką utrwalono w jedynym zapisie głosu Józefa Piłsudskiego.
Choć ja nie dysponuję nagraniem tej pierwszej lekcji biologii, to mam ją na zawsze zapisaną w pamięci. Oto jak ją zapamiętałem:
Profesor wszedł do klasy, usiadł za stołem i czekał, aż klasa się uspokoi. Ale że to nie nastąpiło, zapytał: „A co wy dzis-iaj dz-iec-inki tak s-ie chichrac-ie, a?” Na co usłyszał odpowiedź: „Bo mamy Nowego”. Dalej dialog przebiegał następująco:
– A pokaż no si-e ty – dz-iec-inko!
Wstałem i powiedziałem:
– To ja, panie profesorze.
– A jak ty si-e nazywasz?
– Kuzitowicz .
– Kuz-itowicz? A z których ty Kuz-itowiczów, bo ja znał rodz-ine Kuz-itowiczów, mieszkali wedle Nowej Wilejki….
I tak zostałem krajanem pana profesora. Po kilku tygodniach byłem już przewodniczącym koła biologicznego. Nie przeszkodziło tej nominacji nawet to, że ostatni raz uczyłem się biologii w szkole podstawowej…
Muszę jeszcze poinformować, że ja już dawno dowiedziałem się od mojego ojca, któremu powiedział to jego ojciec, że Kuzitowicze przyjechali przed bardzo wielu laty do Łodzi z Czarnej Rusi, która leży na południe od ziem litewskich, na północ od białoruskich…
Od tego dnia minęło kilka miesięcy. W ostatnim dniu przed zakończeniem roku szkolnego 1961/1962 pan prof. Jotko zarządził, aby wszystkie doniczki z kwiatami, jakie stały na parapetach sal lekcyjnych, zostały zniesione do pracowni biologicznej i poustawiane na ławkach przyniesionych z sali gimnastycznej. A wszystko w tym celu, by ochotniczo zgłaszający się uczniowie, którzy w ustalonych okresach, przychodzili dwa razy w tygodniu aby je podlewać. To była już wieloletnia tradycja – tak nasz szkolny biolog zabezpieczał „roslinki”, aby nie pousychały podczas wakacji.
Oczywiście nie mogło na takim dyżurze zabraknąć przewodniczącego koła biologicznego…
Z tego powodu i ja takiego dyżuru się podjąłem. Wypadł on w połowie sierpnia. Historia którą za chwilę poznacie wydarzyła się w środę, 15 sierpnia 1962 roku. Wtedy był to „dzień jak co dzień” – akurat tego dnia przyjechałem do szkoły, aby wykonać zadanie którego się podjąłem. Gdy już wszystkie doniczki dostały swoją porcję wody, postanowiłem poszerzyć swoją wiedzę biologiczną i wyjąłem z, niezamkniętej, szafy z pomocami naukowymi największy mikroskop i zacząłem oglądać znalezione w stojących tam pudłach preparaty.
Nagle drzwi do pracowni otworzyły się i stanął w nich pan profesor Jotko. Poderwałem się z nad okularu mikroskopu i na widok nietypowego wyglądu mojego nauczyciela (ciemny garnitur, spodnie „w kancik”, biała koszula, dobrze zawiązany krawat) – nietypowego, bo zwykle pan profesor bywał ubrany raczej ze „staroświecką elegancją starszego, samotnego mężczyzny” – bywało, że skarpetki na nogach były nie od pary, kołnierzyk koszuli niedoprasowany, ale zawsze pod, niekoniecznie wzorowo zawiązanym, krawatem) przywitałem go spontanicznie: „Dzień dobry panie profesorze! A co Pan dzisiaj taki elegancki?!”
Chwila milczenia, profesor pokiwał – dziś określam to „z politowaniem” – głową i powiedział powoli i dostojnie: „Co wy dzis-iaj dz-iecinki wiec-ie, wy nic nie wiec-ie. Toż dzis-iaj jest rocznica Cudu nad Wisło!”
I taki był początek tej niespodzianej, spontanicznej lekcji historii o wydarzeniach, które miały miejsce przed (wówczas) czterdziestoma dwoma laty, a o których nic nie było w ówczesnych szkolnych podręcznikach…
Dowiedziałem się wtedy, że mój profesor jest kombatantem wojny polsko-bolszewickiej, że walczył jako student-ochotnik w obronie Warszawy, że… że w jego obecności „sowiety konia ubili pod takim, wysokim, chudym,młodym francuskim oficerem. I ja mu swojego ukochanego konia oddał. A wiesz kto to był? To dzisi-aj prezydent Francji, generał, de Gaulle!”
Dopiero po latach mogłem zweryfikować tę opowieść. Choć nigdzie nie natrafiłem na informację o zabitym koniu, to jednak wszystkie źródła potwierdzają obecność generała de Gaulle’a w Bitwie Warszawskiej. Ale ja i tak nie miałem, i do dziś nie mam, wątpliwości, że to co mi wtedy profesor opowiadał – była prawdą!
Jestem pewien, że byłem jedynym – nie tylko uczniem, ale i pracownikiem szkoły – któremu o tym opowiedział. Bo mi zaufał – wszak byłem z Kuz-itowiczów…
Pisząc właśnie o tym mój dzisiejszy refleksyjny esej chciałem nie tylko wspomnieć tego niezwykłego nauczyciela biologii, ale także zilustrować tą historią ważną prawidłowość, występującą w procesie zdobywania wiedzy, zdobywanej nie w celu zaliczenia sprawdzianu czy zdania egzaminu. Jest nią określone przeżycie, żywy człowiek jako jej źródło, skojarzenie i utrwalenie – często na całe życie – tej informacji z własną w owym wydarzeniu aktywnością…
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź

