O moich zakończeniach roku szkolnego i o tym jak spędzałem wakacje

 

Taki zbieg okoliczności: właśnie zasiadłem do pisania „srebrnego” (bo 25-ego) mojego refleksyjnego eseju, który zostanie zamieszczony w pierwszą niedzielę tegorocznych wakacji. I to z tego powodu postanowiłem, że jego tematem nie będzie żadne wydarzenie ani tekst, które były tematami zamieszczanych w minionym tygodniu na OE materiałów. Pozwolę sobie na kilka refleksji, których źródłem będą moje osobiste wspomnienia związane z tą szczególną datą, wszak istotną dla każdego ucznia – niezależnie od tego, czy to działo się przedwczoraj, czy przed, pięcioma, dziesięcioma laty, czy jeszcze dawniej.

 

Będą to wspomnienia z zakończenia roku szkolnego w okresie kiedy byłem uczniem, to znaczy z lat 1951 – 1950, gdy uczyłem się w szkole podstawowej oraz lat 1958 – 1963, kiedy byłem uczniem szkół ponadpodstawowych.

 

 

Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że 82-latek niewiele z tamtego okresu pamięta. Bo z podstawówki tak naprawdę pamiętam jedynie zakończenie ostatniego roku nauki i pożegnanie ze Szkołą Podstawową nr 135 na Nowym Złotnie – od wielu lat już nieistniejącą. Bo z tych wcześniejszych zostały mi jedynie ogólne wspomnienie, że uroczyste zakończenia odbywały się na przyszkolnym dziedzińcu. Świadectwa ukończenia kolejnej klasy rozdawali wychowawcy na oddzielnych spotkaniach klasowych. Z tego co pamiętam, to nikt wtedy nie dawał nauczycielom prezentów ani kwiatów. Na owym ogólnoszkolnym pożegnaniu  wręczano jedynie świadectwa siódmoklasistom. I to tylko ich najlepsi absolwenci honorowani byli nagrodami, którymi były książki. Były ona kupowane z funduszu Komitetu Rodzicielskiego, przez szkolną bibliotekarkę. Nie będę się tu krygował – ja w owym 1958 roku takową nagrodę otrzymałem:

 

 

Była to książka o bardzo charakterystycznym tytule „Kto, kiedy, dlaczego”, będąca bogato ilustrowaną miniencylkopedią popularną, w której wiadomości pogrupowane były w dwu  działach: ŚWIAT, a tam podział na: Wszechświat, Ziemia, Rośliny, Zwierzęta, Człowiek, a następnie „OŚIĄGNIĘCIA MYŚLI LUDZKIEJ” –  z podziałem na: Nauki ścisłe i Nauki humanistyczne i kultura. Był to, poza świadectwem z piątkami i jedną czwórka z rosyjskiego, jeszcze jeden bodziec do złożenia dokumentów o przyjęcie do – już wtedy elitarnego – I LO im. M. Kopernika. Niestety – mimo takich sukcesów w odniesionych w peryferyjnej podstawówce – owo ubieganie zakończyło się niepowodzeniem. Mój ojciec dowiedział się, że nie zdałem egzaminu wstępnego….

 

A tę książkę mam do dzisiaj w biblioteczce – mogę porównywać aktualny stan wiedzy w owych dziedzinach z tym z połowy XX wieku.

xxx

 

Efektem tego falstartu do „Kopra” była decyzja ojca o zapisaniu mnie do Szkoły Rzemiosł Budowlanych, bo „chłopak powinien mieć porządny męski zawód” – tak tę decyzję uzasadnił. Tam  oczywiście przyjmowano każdego, byłe miał świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Tak nazywała się ówczesna zasadnicza szkoła zawodowa, która prowadzona była przy Technikum Budowlanym nr1 w Łodzi. A zrekrutowano wówczas około 180 chłopaków – do sześciu klas pierwszych. Jedyną moją pociechą było to, że zostałem uczniem klasy Ia, w której wychowawcą był mgr inż. arch. Stanisław Kowalski – pierwszy dyrektor- założyciel (w 1946 roku) jedynej wówczas w Łodzi szkoły kształcącej fachowców dla budownictwa, a aktualny dyrektor TB1 – Mikołaj Hałamejko – nauczał matematyki.

 

Ale jedno w tej szkole było takie same jak w „Koprze”. Tu także obowiązywał dress cod – wszyscy uczniowie mieli obowiązek przychodzić do szkoły w jednolitych mundurkach granatowa marynarka i takież spodnie, niebieska koszula i granatowy krawat oraz czapka z daszkiem w takim samym kolorze,z metalowym znaczkiem godla szkoły.

 

Nie pamiętam przebiegu żadnego zakończenia roku szkolnego w tej szkole – nawet tego w czerwcu 1961 roku, w którym otrzymywaliśmy świadectwo jej ukończenia, potwierdzające nabycie zawodu murarz-tynkarz. Najprawdopodobniej nie było tam w zwyczaju wręczania najlepszym uczniom nagród. Ale za to pamiętam, że znalazłem się w gronie dziesięciu absolwentów tych sześciu klas, którzy ukończyli szkołę z najlepszymi wynikami, którzy zostali przyjęci bez egzaminu wstępnego do tworzonych, jedynie dwu, klas pierwszych w 3-lernim technikum budowlanym. Pozostali chętni musieli zdawać ten egzamin. W liczbie tych „szczęściarzy” znaleźli się jeszcze trzej moi najbliżsi koledzy z tej samej klasy.

 

Zakończenia roku szkolnego w tej szkole w roku 1962 nie mogę pamiętać, bo już nie byłem jej uczniem. Opowieść o tym jak doszło do sytuacji w której podjąłem – szaloną jak oceniam to nawet teraz – decyzję o rezygnacji z dalszej nauki w tej szkole, odebraniu dokumentów i przeniesieniu się do X (przedostatniej w tym cyklu kształcenia) klasy XVIII LO w Łodzi, zamieszczę kiedyś przy innej okazji.

 

Konsekwencją tej brawurowej decyzji był obowiązek zdawania egzaminów „z różnic programowych”, a tych miedzy nauką w „Budowlance” a tych w liceum było wiele. Przede wszystkim nie miałem tam w ogóle biologii, geografii i drugiego języka obcego (był nim niemiecki), których to moi nowi koledzy uczyli się już trzeci rok. Także programy przedmiotów, które miałem, także były tam nauczane w o wiele mniejszym zakresie. To wszystko spowodowało, że choć zaliczyłem prawie wszystkie te różnice, to jednej „różnicy” szansy nie miałem. Był to egzamin z j. niemieckiego. I dlatego dostałem na zakończenie roku szkolnego informację, że abym otrzymał promocję do klasy maturalnej będę musiał ten egzamin zdać do końca sierpnia.

 

Tak więc nie bardzo mam co wspominać z tego zakończenia kolejnego w mej szkolnej karierze roku szkolnego.

 

O tym jak to się stało, że jednak zostałem uczniem klasy XI i nie tylko dojechałem do matury, ale ją  nienajgorzej  zdałem  – także opowiem przy innej okazji.Teraz jedynie pochwalę się, że mimo iż nie należałem do prymusów tego rocznika (były dwie klasy maturalne), to jednak dyrekcja i rada pedagogiczna tego liceum wyróżniła mój nietypowy sukces, jaki udało mi się odnieść podczas – praktycznie – zaledwie 13-u miesięcy nauki, także nagrodą książkową. A że argumentem, który przekonał panią dyrektor Zofię Grębecką do zgody na przyjęcie mnie do liceum  było moje błaganie, że tylko to umożliwi mi studia na polonistyce, taką oto nagrodą – z taką dedykacją:

 

 

 

 x            x           x

 

A teraz jeszcze kilka wspomnień o tym jak „chłopak z przedmieścia”, dziecko z rodziny robotniczo-chłopskiej, spędzał wakacje.

 

Otóż do wakacji w roku 1958 jedyną formą bycia poza miejscem zamieszkania były wyjazdy z rodzicami na wieś – w ramach ich urlopów. A była nią wieś na białostoczczyźnie, położona za Bugiem, gdzie dojeżdżaliśmy pociągiem, z przesiadką w Warszawie na pociąg do Bialegostoku, do stacji Czyżew – przed bardziej znaną stacją Łapy. A stamtąd odbierał nas i dowoził wozem na metalowych obręczach na miejsce docelowe mamy brat, który odziedziczył „ojcowiznę” – gospodarstwo, z którego w połowie lat 20-ych XX wieku wyjechała ona „za pracą do Łodzimiasta”. Powie ktoś, że przecież w tamtych czasach opiekuńcze państwo PRL organizowało dla dzieci bezpłatne kolonie letnie. Tak, to prawda, ale…  Ale miałem taką chorobową przypadłość „wcześniaka”, że mimo już wszak dość zaawansowanego wieku nadal zdarzały mi się… przypadki nocnego moczenia. I z tego powody mama nie wyrażała zgody na taką formę wakacyjnego wypoczynku.

 

I dopiero w 1958 roku, po ukończeniu szkoły podstawowej,  dostałem zgodę na wyjazd na mój pierwszy obóz harcerski – w lesie nad brzegiem jeziora Dąbrowskiego koło Stężycy Królewskiej. W kolejne wakacje nie mogłem pojechać na obóz, bo wtedy moja drużyna była w okresowym uśpieniu – drużynowy był w wojsku. Ale rok później, w piętnastym roku życia, dostałem zgodę rodziców (i pieniądze) na  SAMODZIELNY wyjazd na wieś. Po drodze zaliczyłem odwiedziny u najmłodszego brata mojej mamy, który był kierownikiem wiejskiej szkoły w Janówku za Warszawą.

 

W roku 1960 prawie cały drugi miesiąc wakacji byłem na nadmorskim obozie harcerskim za  Jarosławcem, a w następnym – w górach koło Muszyny, gdzie – będąc już instruktorem ZHP – byłem komendantem kolonii zuchowej, wchodzącej w skład zgrupowania naszego szczepu z Nowego Złotna. Rok później – tym razem nad jeziorem Ługi kolo Dobiegniewa – byłem już zastępcą komendanta zgrupowania obozów nasze szczepu, I tylko po maturze nie pojechałem na żaden obóz harcerski – zbyt wiele  czasu zajęło mi przygotowanie do  egzaminu wstępnego na polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim – egzaminu zdanego. Ale w sierpniu po raz pierwszy (i ostatni) byłem wychowawcą na kolonii  letniej, która zostala zlokalizowana w budynku wiejskiej szkoły w Grabownie Wielkim w Gminie Twardogóra w Powiecie Oleśnickim. Była to kolonia letnia dla nieletnich spod opieki kuratrow sądowych i dla kilku chłopców z zakładu wychowawczego na Łucji, zorganizowana przez Sąd dla Nieletnich. I tam przeżyłem kolejny zwrot w mojej drodze życiowej, o czym więcej napisałem w zamieszczonym w „Obserwatorium Edukacji” tekście, zatytułowanym „Jak to się stało, że zostałem magistrem pedagogiki a nie filologii”.

 

Takie to były moje wakacje, spędzane poza miejscem zamieszkania. Bo generalnie to byłem w tym czasie w domu rodzinnym na Nowym Złotnie. Jedynym sposobem przemieszczania się poza były przejażdżki  rowerowe po okolicy – ale to dopiero od 1957 roku, kiedy dostałem go na imieniny, obchodzone wtedy 27 czerwca – bo w czasie nauki w szkole podstawowi funkcjonowałem jako Władysław – zostałem tam zapisany na podstawie metryki chrztu (!), a okazało się, że takie imię nadal mi mój „awaryjnie” desygnowany z powodu obawy o to że mogę umrzeć, jak mój brat bliźniak, mieszkający w tym samym domu mąż  siostry mojego ojca – Władysław. Bo miałem być Włodkiem, i tak byłem przez wszystkie lata nazywany przez wszystkie lata przez rodzinę i sąsiadów. A imię Włodzisław mam wpisane do metryki urodzenia w Urzędzie Stanu Cywilnego – bo tak imię Władyslaw przetłumaczyli urzędnicy z niemieckiego akty urodzenia. A dowiedzieliśmy się o tym w 1958 roku, bo do szkoły ponadpodstawowej wymagano już dokumentu z USC.

 

I na koniec muszę wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się na te wspomnienia o moich zakończeniach roku szkolnego i formach spędzania wakacji. Wiedzcie, że nie z powodu pochwalenia się nagrodami ani historią mojego harcerskiego obozownictwa. Uczyniłem to mając w pamięci wszystkie medialne rozważania o „świadectwach z paskiem” (których „za moich czasów” nie było), o prezentach dla nauczycieli, których wtedy także nie było w zwyczaju aby im dawać, o wadze rankingów szkół średnich i ich znaczeniu przy wyborze szkoły przez ósmoklasistów, a także o tym jak bardzo rozwarstwiła się sytuacja społeczna uczniów, także co do form spędzania wakacji.

 

Bo ja, w tamtych latach PRL-u, jakoś sobie radziłem, nagrody książkowe na pewno mnie cieszyły, ale nie wpływało to w żaden sposób decydująco na moją alszą drogę edukacyjną, a fakt, że po podstawówce dalszą edukację zacząłem – mówiąc po dzisiejszemu –  od branżówki, nie zadecydował  o mojej dalszej drodze edukacyjnej i zawodowej. Bo i tak, także i dzisiaj, zależy to od woli i wtrwalości młodego człowieka.

x           x           x

 

Korzystając z okazji informuję, ze ja także, jako redaktor „Obserwatorium Edukacji”, ogłaszam przerwę wakacyjną. Nie będzie ona co prawda całkowitym zawieszeniem zamieszczania nowych materiałów, ale ich radykalnym ograniczeniem – do tych tylko, które będą NAPYAWDĘ WAŹNE dla sytuacji w oświacie. Albo dla mnie…  

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Zostaw odpowiedź