
Rzadko zaglądam na blog „Co z tą edukacją”, prowadzony przez Jarosława Blocha. Dlatego dopiero dzisiaj zobaczyłem, zamieszczony tam 29 kwietnia tekst, którego nie mogę nie upublicznić także na OE::
Rodzic sceptyczny
Politycy są często obrażeni na rodziców, że ci nie nadążają za ich wizjami. Jakże rodzice mogą nie akceptować rozwiązań, które przecież są dobre? Rodzice zaś, nauczeni wieloletnimi eksperymentami robionymi na żywych organizmach ich dzieci, są sceptyczni. I nie dziwię się, sam jestem rodzicem i moje dzieci przeszły przez system szkolny. Problem bowiem nie tkwi w zasadności samych pomysłów, lecz w jakości ich wprowadzania, a ta jakość pozostawia często wiele do życzenia.
Na początku zaznaczę, że ofiarą tych nieprzygotowanych pomysłów padają przede wszystkim dzieci, ale na podobnej pozycji są też nauczyciele. Ministerstwo wymyśla, dyrektor wprowadza, a oni jeśli się nie zgadzają, mogą się co najwyżej zwolnić…
Rodzice mają podstawy aby mieć wątpliwości co do jakości wprowadzanych nowych przedmiotów. Przyzwyczaili się już, że polityk coś wymyśla, na szybko wprowadza, a ich dzieci są poligonem doświadczalnym. Nauczyciele nie zawsze są przygotowani do nauki nowego przedmiotu (choć według ministerstwa są, bo tak jest na papierze). No i nie zawsze ten nauczyciel jest, często są to osoby z łapanki, bo dyrektorzy z braku kadr, łatają jak mogą. Nie pomaga w tym kiepska sytuacja finansowa, która wygania nauczycieli z zawodu, a młodych nie przyciąga.
A ministrowie lekką ręką przestawiają pionki na szachownicy. Tak postąpiła kiedyś pani Hall z Platformy Obywatelskiej, wprowadzając wczesne profilowanie klas i zmiany w podstawach (słynna jedna godzina, na której kończono podstawę z gimnazjum…), a młodzież traciła kontakt z większością przedmiotów ogólnych w wieku 15 lat… Zaorała przy okazji nauczycieli przysposobienia obronnego w szkołach średnich, którzy na nowym przedmiocie edukacji dla bezpieczeństwa (po co zmieniono nazwę, do dziś nie wiem) stracili połowę godzin, a młodzież straciła mnóstwo treści z pierwszej pomocy i edukacji zdrowotnej (!!!). W międzyczasie starano się wtłoczyć sześciolatków do kompletnie na to nieprzygotowanych szkół, zapewniając jednocześnie rodziców, że szkoły są na to przygotowane…
Potem pionki przewróciła minister Zalewska likwidując gimnazja. W konsekwencji czego: młodzież została wciśnięta znów do podstawówki, a godziny naprędce upychano w podstawówkach i liceach, które nie były na to przygotowane, w sposób oczywiście chaotyczny i nieprzemyślany. Nie zadbano o dodatkową opiekę psychologiczną, bo nie przewidziano, że starsza, dorastająca młodzież w podstawówce zwiększy ilość dodatkowych problemów. Nieprawdziwy hejt, który szedł wtedy na uczniów i nauczycieli gimnazjów, był jedyną „podstawą” deformy, której konsekwencje ponosimy dziś w postaci słabych podstawówek niwelujących szanse dzieci na lepszą edukację. Rządy Zalewskiej zakończyły się strajkiem nauczycieli, po którym odeszło z zawodu wielu dobrych pedagogów, a w szkoły zaczęły funkcjonować dzięki emerytom.
Era ministra Piontkowskiego naznaczona była pandemią, za którą co prawda minister nie był odpowiedzialny, ale jego obóz polityczny, poprzez pozorowaną walkę z pandemią, znacząco przyczynił się do nienaturalnie długiego zamknięcia dzieci i młodzieży w domach, czego konsekwencje ponosimy do dziś w postaci problemów psychicznych i braków merytorycznych z tego okresu.
Z kolei minister Czarnek wprowadził nieakceptowany przez większość rodziców HiT, opierając go na kontrowersyjnym podręczniku, kontrowersyjnego autora. Oczywiście nie zadbał o przygotowanie merytoryczne nauczycieli, stwierdzając, że ono już przecież jest (na papierze). Forsując swe zmiany programowe wprowadził chaos w arkuszach organizacyjnych szkół.
Młodzież nie zdążyła się do HiTu przyzwyczaić, gdy minister Nowacka zlikwidowała HiT wprowadzając kolejny chaos i zaczęła forsować edukację zdrowotną, do której znów nie przygotowała kadr (choć na papierze wszystko się zgadzało), wywołała polityczną awanturę, choć mogła zagadnienia te dołączyć do podstaw programowych innych przedmiotów, czego krytycy tych treści pewnie by nawet nie zauważyli. Minister Nowacka zapowiadała nową jakość, ale rodzice tej nowej jakości nie zobaczyli. Nadal ministerstwo jest „nieomylne”, nadal wprowadza rozwiązania, które nie mają nawet akceptacji tych, którzy mają je wdrażać.
Jak w takich warunkach rodzice mają ufać politykom w kwestii edukacji? To ich dzieci traktowane są instrumentalnie, to ich dzieci są ofiarą bałaganu, pośpiechu i arogancji polityków. Jak młodzież ma ufać politykom? Rozwiązania, które proponują politycy nie zawsze są pozbawione sensu, ale podstawowym problemem jest zbyt szybkie tempo ich wprowadzania, co przekłada się potem na problemy organizacyjne i niedociągnięcia, które odbijają się na uczniach, ale też na postrzeganiu kolejnych zmian przez rodziców. Rodzice słysząc hasła „zmiany”, „nowe przedmioty”, mają przeważnie obraz bałaganu, który obserwowali w przeszłości i nie są do nich nastawieni pozytywnie. Ktoś się dziwi?
Źródło: www.jaroslawbloch.ov
Zostaw odpowiedź

